| [ |
mood |
| |
sad |
] |
| [ |
music |
| |
D - Art de la pista |
] |
Już prawie porzuciłam ten journal... Ogólnie rzecz biorąc, to piszę, by wyrzucić z siebie to, co stało się z Amber. Ostatecznie wczoraj musiałam ją uśpić. Po moim ostatnim entry sporo się wydarzyło, jej zdrowie raz się polepszało, to znów stężenie mocznika we krwii powodowało, że czuła się gorzej. Przez trzy miesiące codziennie lub co drugi dzień jeździliśmy z nią na wlewy. Pomagały i stopniowo oczyszczały jej krew. Szkoda, że psom nie robi się dializy, wtedy problem szybciej by się rozwiązał... Od stycznia do zeszłego tygodnia Amber czuła się świetnie. Była radosna, bawiła się marchewką i w ogóle zachowywała się, jakby była najzdrowszym zwierzakiem na świecie. Tydzień temu zdecydowaliśmy, że należałoby ją ostrzyc, więc pojechaliśmy do jej byłej właścicielki. Zabieg przebiegł pomyślnie i spod sterty rudawych (zbyt dużo karotenu XD) kudłów wyłoniła się moja śliczna sunia. Wtedy Pani Maria zauważyła, że jej zęby są strasznie zakamienione. Fakt, powinnam była je częściej czyścić, ale jakoś głowy do tego nie miałam. To moja choroba, to jej i jakoś tak zeszło, że niemal szczoteczki ząbki nie widziały. Dość brutalnie zerwano jej kamień z zębów. Trochę krwii poleciało, jak to przy takich zabiegach. Trochę zaniepokoiło mnie to, że w jednym momencie strasznie zapiszczała. Od powrotu przestała jeść marchewkę oraz suchą karmę i z dnia na dzień stawała się coraz smutniejsza. W koścu, cztery dni temu, zaprowadziliśmy ją do weterynarza. Okazało się, że ma najgorsze wyniki ze wszystkich, jakie do tej pory miała (mocznik okolo 300, a kreatynina 8), dodatkowo wyszło na jaw, że ząb trzonowy jest złamany. Największym problemem było to, że ząb ten trzyma się na trzech korzeniach (z czego jeden został wyłamany), a aby go usunąć należałoby przeprowadzić zabieg operacyjny pod narkozą, a niestety w wypadku Amber narkoza nie mogła być stosowana - po prostu by się nie wybudziła. Dostała lekkie leki przeciwbólowe (silniejsze by ją zabiły) i przez dwa dni miała robione wlewy. Stopniowo stawała się coraz słabsza. Widać było, że już w ogóle nie walczy. Nie jadła, nie piła - jedynie albo smutno patrzyła na nas, albo w szale rzucała łbem, próbując ukoić ból. Przedwczoraj już nic nie zjadła, pojechaliśmy z nią jeszcze na wlew i zaczeliśmy myśleć o podjęciu tej trudnej decyzji, ale jedynej, jaka w takim wypadku wydawała się słuszna. Wczoraj nie była w stanie iść, jeść, ani pić. Nie mogliśmy już patrzeć na jej cierpienie. Z ciężkim sercem zawieźliśmy ją do weterynarza i poprosiliśmy o ulżenie jej w bólu. Lekarka przygotowała motylka, jakiego to zawsze używała wcześniej by podać jej roztwór glukozy i pbs, a teraz by wprowadzić lek kończący to wszystko. Odmierzyła dawkę i zbliżyła się do nas. Trzymałam Amber, cały czas ją głaszcząc i mówiąc do niej. Weterynarz wkłuła się w żyłę i powoli zaczęła wciskać lek. Do krwi mojego psa nie dostało się więcej niż 2 ml, a już zwaliła się z nóg. Zaskoczona podtrzymałam ją i ostrożnie ułożyłam na blacie. Wraz ze zwiększeniem dawki z oczu odpływało życie pozostawiając je tym samym puste, matowe i lekko zmrużone. Lekarka sprawdziła, czy seduszko jeszcze bije i po chwili orzekła, że Amber już nie żyje. Po raz ostatni pogłaskałam jej jeszcze ciepłe ciało i pocałowałam w łepek, jak to zawsze miałam w zwyczaju, by wyjść i już nigdy nie mieć okazji zobaczyć jej w jakikolwiek inny sposób niż tylko na zdjęciach. Wsiadłam do samochodu i rozpłakałam się na dobre. Na prawym nadgarstku zapiełam sobie jej czerwoną obrożę.
|